10
nie zajmują się roztrząsaniem argumentów strony przeciwnej. Jakkolwiek pokazują - każda z autorek w innym zakresie - problemy sporne i ograniczenia, to ich główny wysiłek koncentruje się na prezentacji mocy wyjaśniającej psychoanalizy.
Podzielam ten punkt widzenia, bowiem cechą charakterystyczną psychoanalitycznego podejścia w badaniach humanistycznych jest jego paradoksalność bliska pod względem metodologicznym eklektyzmowi. Jeśli oponenci żądają przyjęcia wobec psychoanalizy zasady wszystko albo nic, wówczas replikować im można w duchu pluralizmu metodologicznego: globalnie rzecz biorąc stawiać należy na szalę komunikacyjną użyteczność, praktyczność zastosowania, niepoprawną odkrywczość przeciwko homogenicznoś-ci języka, elegancji dyskursu, poprawnej ni jakości.10 Zwycię-
stwo tych, którzy opowiadają się za pierwszą grupą zjawisk jest w moim przekonaniu nieuniknione - takie podejście jest bowiem potrzebne dzisiejszej humanistyce.
Pojęcie paradoksalności metodologicznej określa - według mnie - taką sytuację, w której badacz pomimo braku akceptacji treści określonej dyscypliny zmuszony jest jednak dostrzec jej metodologiczną użyteczność. Wydaje się, że tego doświadcza wielu zagorzałych przeciwników psychoanalizy.11
Poglądy zbliżone do tak właśnie rozumianej paradoksalności formułowano wielokrotnie w dyskusji nad psychoanalizą. Dla Włodzimierza Szewczuka, autora koncepcji antypsychoanalizy, silnym argumentem na niekorzyść Freuda jest wypowiedź nestora polskiej humanistyki, Bogdana Suchodolskiego, zawarta we wstępie do pism twórcy psychoanalizy: "wszystkie jego poglądy są martwe". Jednak całe zdanie Suchodolskiego brzmi:
"Gdyby w stosunku do tego zakresu (Freuda koncepcji człowieka i cywilizacji - przyp. WG) postawić klasyczne już dzisiaj pytanie: co jest żywe i co jest martwe w filozofii Freuda, trzeba by odpowiedzieć niemal paradoksalnie, iż wszystkie jego poglądy są martwe, ale lektura tych tekstów jest żywa i inspirująca.12
Tę metodologiczną paradoksalność, podniesioną do rangi wskazówki metodologicznej dostrzegali już pierwsi krytycy. W 1928 roku według Bronisława Malinowskiego, przedstawiciela scjentyzmu ówczesnych lat: